Limitowanego góralka mogliśmy spotkać w dwóch wersjach - truskawkowej i cytrynowej. Tej drugiej niestety nie udało mi się nigdzie znaleźć, natomiast ów truskawkową dorwałam w Intermarche i pod wpływem chęci na coś pseudo-truskawkowego sięgnęłam po nią.
Po otworzeniu opakowania najpierw poczułam sztuczno-truskawkowy zapach. Następnie do mojego nosa dobiegł również aromat pudrowych, owocowych cukierków o smaku cytryny i malin, oraz nuta kwaśności zozoli, tudzież pianek jojo.
W przekroju wafelek mnie zawiódł. Spodziewałam się, że jego krem będzie bardziej intensywny w kolorze, a niestety moim oczom ukazał się zaróżowiały beż.
Wafelek był delikatny, chrupki i bezsmakowy jak chrupki dla dzieci. Czekolada oblewająca boki ów batonika była sztuczna, tania, słodka. Nie powaliła mnie. Jedynym "punktem zaciekawienia" mógł być jedynie subtelny posmak truskawek.
Nadzienie w smaku było słodkie, chemiczno-truskawkowe, proszkowe. Trochę w konsystekcji i smaku jak guma. Ble!
Góralek truskawkowy okazał się totalną porażką. Był strasznie sztuczny i niesmaczny. Nie będę rozpaczała jeżeli już nigdy nie zobaczę go na półkach sklepowych. Zdecydowanie nie polecam!
Ocena: 1.5/6
Czy kupię ponownie?: nie
24 lis 2015
22 lis 2015
Jogurt kokosowo-migdałowy, Bon Creme
Nie śpię. Nie wiem czego już chce. Piszę. Dochodzę do nowych sentencji filozoficznych i pomimo iż jest mi bardzo głupio, jakoś staram się zapomnieć, bo wnioski już wyciągnęłam. "Każda beznadziejna sytuacja jest po to, aby drugi raz nie wpaść w to samo błoto". I wiecie co jest dziwne - z jednej strony mój świat się wali na małe drobne kawałeczki jak stłuczony wazon, a z drugiej układa jak puzzle, ale w tych puzzlach niestety są braki. Chyba bez sensu starać je układać... jeżeli i tak nigdy pełnego, idealnego obrazka nie otrzymamy... chociaż... dobrze jest się starać, ale trzeba pamiętać, że nigdy perfekcyjnie nie będzie. Tak się po prostu nie da.
Jednymi ze stałych biedronkowych produktów cieszącymi się powszechnym uznaniem konsumentów są jogurty z serii bone creme. Słyszałam o nich do tej pory same pozytywne opinie, więc postanowiłam również ich spróbować, co by własną opinię sobie wyrobić.
Po otworzeniu wieczka wyczułam sztuczny kokosowy, tudzież marcepanowy zapach.
Smak owego jogurtu opisałabym jako bardzo słodki, minimalnie kwaskowaty. Jego konsystencja była gęsta i kremowa. Znajdowały się w niej płatki migdałowe, które akurat mojej osobie nie pasowały.
Pod koniec konsumpcji w jogurcie niestety coraz bardziej dominowała nieprzyjemna kwaśność.
Jest to jogurt, który niestety nie spełnił moich oczekiwań i zdewastował wspaniałe wyobrażenia delikatnego, kremowo-tłustawego, lekko słodkiego jogurtu migdałowo-kokosowego. Zupełnie nie wyczułam w nim głównych bohaterów (!), a ów produkt z każdą kolejną łyżeczką stawał się po prostu nudny i oklepany. Nie jest to bone creme kokosowowo-migdałowy nie jest dla mnie.
Ocena: 2/6
Czy kupię ponownie?: nie
20 lis 2015
Lód batonik mars
Kolejny lodowy batonik doczekał się swojego własnego posta. Mowa o marsie, którego miałam nie kupować, ze względu na moją karmelową awersję. Niestety (albo stety) podczas zakupów został wpakowany do koszyka co jednoznacznie oznaczało... recenzję.
Czekolada, która go pokrywa jest bardzo słodka, mocno kakaowa i mleczna - taka jak powinna być. Pod nią znajduje się słodki, nijaki, wodnisty lód któremu smaku nadaje wyżej wspomniana czekolada i słodki, ciągnący się karmel. Batonik strasznie szybko się topi i w międzyczasie rozwala w naszych łapkach.
Ten lód jest na pewno bardzo słodki, głównie za sprawą karmelu i czekolady. Niesetety czegoś mu brakuje do podbicia mojego serca.
Aby nie było powtórzeń to teraz jeszcze dodam iż pachnie toffi z czekoladą.
Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: nie
17 lis 2015
Zott, Cremore Triple Choc
Ten deserek wypatrzyłam podczas stokrotkowych zakupów. Bez dłuższego zastanowienia wylądował w sklepowym koszyku. Kilka dni później przystąpiłam do jego przetestowania.
Po otwarciu uroczego wieczka, w stylu walentynek do mojego nosa doszedł zapach lodów o smaku gorzkiej czekolady. Był on bardzo, ale to bardzo głęboko czekoladowy, fenomenalny i mega zachęcający do spróbowania.
Deser był podzielony na trzy części. Najpierw zabrałam się za górną, którą była tłustawa, delikatna, napowietrzona, bardzo dobra pianka o smaku kakaowym.
Druga i trzecia warstwa były słodsze od poprzedniczki. Miały konsystencje budyniu. Natomiast smak gorzko-czekoladowy, lekko orzechowy. Wyczułam również w nich jakąś alkoholową nutkę.
Całościowo ów deser był dość ciężki. W smaku głównie czekoladowy. Przypominał jedzenie tabliczki czekolady o różnych strukturach - budyniu, pianki, sosu. Ponieważ jestem totalną pasjonatką jeżeli chodzi o tego typu wyroby cukiernicze bardzo mi posmakował. Polecam spróbować!
Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: tak
Po otwarciu uroczego wieczka, w stylu walentynek do mojego nosa doszedł zapach lodów o smaku gorzkiej czekolady. Był on bardzo, ale to bardzo głęboko czekoladowy, fenomenalny i mega zachęcający do spróbowania.
Deser był podzielony na trzy części. Najpierw zabrałam się za górną, którą była tłustawa, delikatna, napowietrzona, bardzo dobra pianka o smaku kakaowym.
Druga i trzecia warstwa były słodsze od poprzedniczki. Miały konsystencje budyniu. Natomiast smak gorzko-czekoladowy, lekko orzechowy. Wyczułam również w nich jakąś alkoholową nutkę.
Całościowo ów deser był dość ciężki. W smaku głównie czekoladowy. Przypominał jedzenie tabliczki czekolady o różnych strukturach - budyniu, pianki, sosu. Ponieważ jestem totalną pasjonatką jeżeli chodzi o tego typu wyroby cukiernicze bardzo mi posmakował. Polecam spróbować!
Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: tak
15 lis 2015
Daim Mint
Daim Mint wypatrzyłam będąc w aptece koło galerii. Jak wiadomo - uwielbiam nowinki - więc i on szybko zwiódł mój wzrok i jakieś dwa złote z kieszeni. Po wstępnej ciekawości długo zbierałam się, aby go spróbować znajdując kolejne wymówki "Przecież nie przepadam za miętą", "Nawet nie próbowałam zwykłego daima", i kolejne... coraz dziwniejsze "A co jak połamie sobie na nim zęby? Podobno jest bardzo twardy". No, ale w końcu. Po jakże długich i wyczerpujących bataliach z samą sobą postanowiłam go skosztować.
Lekko otworzyłam zielonkawo-niebieski, rzucający się w oczy papierek, a wtem mój nos został zbombadrowany przez woń cholernie mocnej mięty z domieszką czekolady.
Ugryzłwszy (wiem, nie ma takiego słowa) batonika najpierw poczułam subtelny czekoladowy smak z nutką słoności.Gdy polewa się rozpusciła musiałam się stoczyć ze słonawym karmelem, który potwierdził moje zębołamne obawy. Lecz po dłuższym potrzymaniu w ustach stawał się on dość kruchy i pękał na milion małych, wchodzących we wszystkie zakamarki, kawałeczków. W smaku był on delikatny, nieprzesłodzony, naprawdę dobry. Stwierdziłam nawet iż z czasem robi się mleczny, na wzór werther's original.
Daim, produkując batonika w wersji mint, zapewne nie zdawał sobie sprawy iż wywoła on tyle kontrowersji. Muszę przyznać, że ta wersja naprawdę bardzo mi smakowała i pozytywnie mnie zachwyciła. Niestety również z wielkim żalem i bólem serca pragnę dodać, że była ona niestety limitowana.
Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie: tak
Ugryzłwszy (wiem, nie ma takiego słowa) batonika najpierw poczułam subtelny czekoladowy smak z nutką słoności.Gdy polewa się rozpusciła musiałam się stoczyć ze słonawym karmelem, który potwierdził moje zębołamne obawy. Lecz po dłuższym potrzymaniu w ustach stawał się on dość kruchy i pękał na milion małych, wchodzących we wszystkie zakamarki, kawałeczków. W smaku był on delikatny, nieprzesłodzony, naprawdę dobry. Stwierdziłam nawet iż z czasem robi się mleczny, na wzór werther's original.
Daim, produkując batonika w wersji mint, zapewne nie zdawał sobie sprawy iż wywoła on tyle kontrowersji. Muszę przyznać, że ta wersja naprawdę bardzo mi smakowała i pozytywnie mnie zachwyciła. Niestety również z wielkim żalem i bólem serca pragnę dodać, że była ona niestety limitowana.
Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie: tak
13 lis 2015
Twix Cappucino
Chyba każdy zna powiedzenie, że głupi ma szczęście (?) i tak właśnie było w moim przypadku z limitowanymi batonikami twix cappucino. Już kopę czasu przed założeniem tego bloga były one dostępne w żabce. Niestety edycja na nie się skończyła, a ja... koniecznie chciałam mieć ich recenzję u siebie. I tak to się pewnego dnia złożyło, że gdy kupowałam sobie zapas nowych milek z żabki... trafiłam na nie! W koszyku przy ladzie leżało już tylko kilka końcowych sztuk z kilkudniowym terminem ważności, a ja jak głupia się na nie rzuciłam (jak pan w 0:08 ubrany w niebieskie wdzianko TUTAJ). Taka oto właśnie była ich historia.
Po otwarciu jakże pięknego, urzekającego opakowania poczułam kawowo-karmelowy, lekko sztuczno-proszkowy zapach, który pod koniec zmieniał się w przyjemnie czekoladowy.
Z prędkością światła zauważyłam iż batonik nie miał żadnego nalotu pomimo iż jego termin do spożycia kończył się w przeciągu 10 dni, oraz że przetrwał falę letnich upałów cały i... nierozpaciany.
Postanowiłam rozgryźć go na dwa razy. Z dolnej strony był chrupki za sprawą ciasteczka i słodki. Natomiast z drugiej gdzie umieszczono karmel batonik był gęsty i miękki i otulała go bardzo słodka pseudo-czekolada o smaku kawy cappucino.
Całościowo batonik twix cappucino jest słodki, chrupko-sklejający buźkę i w tej całej swojej dziwności wprawił mnie w zachwyt, choć pod koniec jego słodycz jest troszkę zbyt nachalna i powoduje lekkie przecukrzenie.
Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: jeśli się pojawi to tak
Po otwarciu jakże pięknego, urzekającego opakowania poczułam kawowo-karmelowy, lekko sztuczno-proszkowy zapach, który pod koniec zmieniał się w przyjemnie czekoladowy.
Z prędkością światła zauważyłam iż batonik nie miał żadnego nalotu pomimo iż jego termin do spożycia kończył się w przeciągu 10 dni, oraz że przetrwał falę letnich upałów cały i... nierozpaciany.
Postanowiłam rozgryźć go na dwa razy. Z dolnej strony był chrupki za sprawą ciasteczka i słodki. Natomiast z drugiej gdzie umieszczono karmel batonik był gęsty i miękki i otulała go bardzo słodka pseudo-czekolada o smaku kawy cappucino.
Całościowo batonik twix cappucino jest słodki, chrupko-sklejający buźkę i w tej całej swojej dziwności wprawił mnie w zachwyt, choć pod koniec jego słodycz jest troszkę zbyt nachalna i powoduje lekkie przecukrzenie.
Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: jeśli się pojawi to tak
11 lis 2015
Monte z czekoladą, orzechami i sosem karmelowym
Dzisiaj idę sprzedawać rogale świętomarcińskie. Mam nadzieje, że będzie fajna, uroczysta atmosfera, oraz dobry humor. A teraz przejdźmy do recenzji pewnej wariacji na temat monte.
Producent na wieczku owego deseru, który mogliśmy nabyć w biedronce, napisał iż jest to deser mleczny z czekoladą, orzechami i sosem karmelowym. Moja jakże bujna wyobraźnia od razu wyobraziła sobie kubeczek pełen pysznego monte - takiego jaki zapamiętałam w dzieciństwie - z dodatkiem gęstego, słodkiego karmelowego sosu i pysznych cząstek świeżych orzechów, lecz w rzeczywistości ujrzałam beżowo-kawową breję.
Zapach miała ona przyjemny, przypominający śmietankowe cappucino. Smakowała bardzo słodko, karmelowo-śmietankowo i lekko tłustawo. Sam sos stwarzał wrażenie wodnistego w smaku i nie przypadł mi do gustu. Spodziewałam się czegoś bardziej gęstego i słodszego na swój karmelowy sposób.
Po wymieszaniu całość nabrała sztucznego posmaku toffi, który psuł cały produkt, a orzechy nie były wyczuwalne. W sumie to nie mam pojęcia czy miały one występować w kawałkach czy pod postacią zmielonego proszku (?). No i czekolada, jej też zabrakło.
Ten deser zdecydowanie mi nie spasował. Zabrakło w nim dobrego, karmelowego sosu (a nie zabarwionej wody) i obiecanych orzechów których w żaden sposób nie mogłam w owym produkcie znaleźć. Koniecznie do poprawki, panie producencie!
Ocena: 2/6
Czy kupię ponownie?: nie
Producent na wieczku owego deseru, który mogliśmy nabyć w biedronce, napisał iż jest to deser mleczny z czekoladą, orzechami i sosem karmelowym. Moja jakże bujna wyobraźnia od razu wyobraziła sobie kubeczek pełen pysznego monte - takiego jaki zapamiętałam w dzieciństwie - z dodatkiem gęstego, słodkiego karmelowego sosu i pysznych cząstek świeżych orzechów, lecz w rzeczywistości ujrzałam beżowo-kawową breję.
Zapach miała ona przyjemny, przypominający śmietankowe cappucino. Smakowała bardzo słodko, karmelowo-śmietankowo i lekko tłustawo. Sam sos stwarzał wrażenie wodnistego w smaku i nie przypadł mi do gustu. Spodziewałam się czegoś bardziej gęstego i słodszego na swój karmelowy sposób.
Po wymieszaniu całość nabrała sztucznego posmaku toffi, który psuł cały produkt, a orzechy nie były wyczuwalne. W sumie to nie mam pojęcia czy miały one występować w kawałkach czy pod postacią zmielonego proszku (?). No i czekolada, jej też zabrakło.
Ten deser zdecydowanie mi nie spasował. Zabrakło w nim dobrego, karmelowego sosu (a nie zabarwionej wody) i obiecanych orzechów których w żaden sposób nie mogłam w owym produkcie znaleźć. Koniecznie do poprawki, panie producencie!
Ocena: 2/6
Czy kupię ponownie?: nie
9 lis 2015
Fakt #3
Dzisiaj fakt #3, czyli nie oceniaj książki po okładce
Z pewnością każdy słyszał powiedzenie, że pozory mylą. Często oceniamy kogoś z góry, lecz gdy poznamy się bardziej, to okazuje się że mamy do czynienia z zupełnie inną osobą. Tutaj może nastąpić szok, zaskoczenie, niedowierzanie, albo... rozczarowanie.
Prawie zawsze tak jest w moim przypadku. No po prostu sprawiam wrażenie osoby cichej, ułożonej, spokojnej, niezbyt gadatliwej, grzecznej. Przyzwyczaiłam się już do tych określeń, ale niezbyt dobrze się z nimi czuję... to tak jakby ktoś przypisywał mi cechy których nie posiadam, wyidealizował sobie własną wersję mnie... ale nie oszukujmy się. Wszyscy tak robimy! Pierwsze kilka sekund już decyduje o naszym zdaniu na temat danej osoby.
No dobra, ale skoro są to fakty o mnie to może nie będę zbaczała w okrężne tematy. Więc jaka jest Karolina? Po pierwsze jestem straszną gadułą, tylko muszę odpowiednio podejść do tematu, albo po prostu wplątać się w jakąś rozmowę. Wtedy mogłabym gadać bez końca dniami i nocami. Uwielbiam się również śmiać, żartować, opowiadać historie. To mój żywioł! Lubię też robić szalone rzeczy, podejmować wyzwania i śmiać się później z siebie. Jestem młoda, tak? Kiedy jak nie teraz będę miała możliwość tańczenia na ulicy, śpiewania w szynobusie, czy zagadywania przechodniów. Trzeba się bawić! Trzeba smakować życia i wyciskać go jak cytrynkę!
Kolejną moją dość dobrze zamaskowaną cechą, jest chęć bycia pionierką. Lubię się rządzić i wyróżniać, no już taka po prostu jestem, aczkolwiek nie jest to coś czym lubię się obwieszczać. Są to bardziej moje "prywatne" cechy, które uwidoczniają się po bliższym poznaniu i nawiązaniu dobrego kontaktu. Na co dzień, raczej ciężko to u mnie dostrzec, ale jeżeli ktoś zechce to wykryje zachowania obwieszczające moje prawdziwe "ja".
A jeśli już jesteśmy w temacie, to zdradzę iż nie należę do grzecznych dziewczynek. Ale tu się może raczej nie będę rozpisywać, bo raczej nie ma czym się chwalić. I żeby nie było, to od razu zaznaczę - nie, nie palę, nie jaram, nie piję.
Mogliście się dowiedzieć z tego wpisu więcej o mojej niepozornej osóbce. Mam nadzieje, że się Wam podobał. Zachęcam również do przeczytania poprzednich faktów o mnie (TU).
Z pewnością każdy słyszał powiedzenie, że pozory mylą. Często oceniamy kogoś z góry, lecz gdy poznamy się bardziej, to okazuje się że mamy do czynienia z zupełnie inną osobą. Tutaj może nastąpić szok, zaskoczenie, niedowierzanie, albo... rozczarowanie.
Prawie zawsze tak jest w moim przypadku. No po prostu sprawiam wrażenie osoby cichej, ułożonej, spokojnej, niezbyt gadatliwej, grzecznej. Przyzwyczaiłam się już do tych określeń, ale niezbyt dobrze się z nimi czuję... to tak jakby ktoś przypisywał mi cechy których nie posiadam, wyidealizował sobie własną wersję mnie... ale nie oszukujmy się. Wszyscy tak robimy! Pierwsze kilka sekund już decyduje o naszym zdaniu na temat danej osoby.
No dobra, ale skoro są to fakty o mnie to może nie będę zbaczała w okrężne tematy. Więc jaka jest Karolina? Po pierwsze jestem straszną gadułą, tylko muszę odpowiednio podejść do tematu, albo po prostu wplątać się w jakąś rozmowę. Wtedy mogłabym gadać bez końca dniami i nocami. Uwielbiam się również śmiać, żartować, opowiadać historie. To mój żywioł! Lubię też robić szalone rzeczy, podejmować wyzwania i śmiać się później z siebie. Jestem młoda, tak? Kiedy jak nie teraz będę miała możliwość tańczenia na ulicy, śpiewania w szynobusie, czy zagadywania przechodniów. Trzeba się bawić! Trzeba smakować życia i wyciskać go jak cytrynkę!
Kolejną moją dość dobrze zamaskowaną cechą, jest chęć bycia pionierką. Lubię się rządzić i wyróżniać, no już taka po prostu jestem, aczkolwiek nie jest to coś czym lubię się obwieszczać. Są to bardziej moje "prywatne" cechy, które uwidoczniają się po bliższym poznaniu i nawiązaniu dobrego kontaktu. Na co dzień, raczej ciężko to u mnie dostrzec, ale jeżeli ktoś zechce to wykryje zachowania obwieszczające moje prawdziwe "ja".
A jeśli już jesteśmy w temacie, to zdradzę iż nie należę do grzecznych dziewczynek. Ale tu się może raczej nie będę rozpisywać, bo raczej nie ma czym się chwalić. I żeby nie było, to od razu zaznaczę - nie, nie palę, nie jaram, nie piję.
Mogliście się dowiedzieć z tego wpisu więcej o mojej niepozornej osóbce. Mam nadzieje, że się Wam podobał. Zachęcam również do przeczytania poprzednich faktów o mnie (TU).
7 lis 2015
Müller Riso pistacjowe
Wczorajsze lekcje j.polskiego były epickie. "No to teraz chwila śmiania się" - powiedziała nauczycielka. Szybkie zerknięcie. Głośny śmiech rozbrzmiał w sali. Myślałam, że spadnę pod ławkę gdy zobaczyłam kolegę z kablem obwiązanym wokół czoła. Niektóre osoby są naprawdę dziwne... :D
Kiedyś, jakieś ponad pół roku temu gdy spróbowałam pistacjowego riso uznałam, że jest paskudny. Dałam sobie czas (podobno leczy rany) i ponownie wróciłam do przetestowania go z lekką obawą.Na ładnym, minimalistycznym wieczku widniały pistacje, których niestety nie spotkałam w składzie. Po jego zerwaniu poczułam zapach podobny do pistacjowego muller milch, lecz gdzieś tam również wyczuwalny był marcepan.

W konsystencji pistacjowy riso był bardzo gęsty, budyniowy. Miał niezbyt dużo miękkich ryżowych ziarenek i sosu „pistacjowego” (co z resztą widać na zdjęciu). Pływały w nim jakieś dziwne, niezidentyfikowane zielone drobinki i niestety do tej pory nie wyniuchałam czym one były.
Podczas próby smaku poczułam dużą - aż nienachalną - słodycz, oraz… kokosową nutę, co mnie lekko zdziwiło. No bo jak to produkt pistacjowy o smaku kokosa? No, ale to muller, tego nie ogarniesz.
Riso pistacjowe jest słodkim, dziwnym tworem. Na pewno nie wyczujemy w nim pistacji, także osoby które na ich smak się nastawiają będą rozczarowane, albo zaskoczone gdyż ten ryż na mleku smakuje… kokosem. Nie wiem czy wujaszek muller robi nas w konia, ale trzeba mu zwrócić uwagę, że prima aprilis już dawno minęło!
Ocena: 3.5/6
Czy kupię ponownie?: nie wiem
5 lis 2015
Magnum, Créme Brûlée
Chociaż przed oczyma mam listopad z przed trzech lat, chociaż ostatnio zdarzają mi się coraz to dziwniejsze zdarzenia losowe i chociaż boję się... chcę wiedzieć.
Czasami zastanawiam się nad sukcesem magnumów. Myślę, że czynniki wpływające na ich świetność to cena (przecież to co drogie, musi być znakomite!), ekskluzywne opakowanie i dobra czekolada. Mnie osobiście do tej pory żaden z magnumów nie powalił na kolana, nie spowodował ślinotoku i nie sprawił, że będę chciała więcej, więcej i więcej. Czy wariant creme brulee zmienił moje poglądy? Zapraszam do zapoznania się z recenzją.
Po otwarciu ładnego, dość minimalistycznego opakowania poczułam słodki, kakaowy zapach i zabrałam się za testowanie.
Jako pierwszą spróbowałam chrupką, mega słodką czekoladę z lekko gorzkimi drobinkami, trzaskającymi pod zębami. Przypominały mi one palony cukier. Czekolada ogólnie szybko się rozpuszczała i powodowała totalne zacukrzenie.
Lód pod spodem był w smaku mocno śmietankowy, tłusto-kremowy i po prostu słodki. Sos
wmieszany w niego nie zachwycił mnie - był lekko gorzki, dziwny i miał niezbyt przyjemny kolor.
Magnum creme brulee nie podszedł do gustu mojej dość wymagającej osoby. O ile czekolada była do zniesienia, tak lód został zrobiony zbyt tradycyjnie. Brakuje w nim wariacji, która by mnie zadowoliła. Aczkolwiek produkt ten nie jest zły i być może kiedyś do niego wrócę.
Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: póki co nie
Po otwarciu ładnego, dość minimalistycznego opakowania poczułam słodki, kakaowy zapach i zabrałam się za testowanie.
Lód pod spodem był w smaku mocno śmietankowy, tłusto-kremowy i po prostu słodki. Sos
wmieszany w niego nie zachwycił mnie - był lekko gorzki, dziwny i miał niezbyt przyjemny kolor.
Magnum creme brulee nie podszedł do gustu mojej dość wymagającej osoby. O ile czekolada była do zniesienia, tak lód został zrobiony zbyt tradycyjnie. Brakuje w nim wariacji, która by mnie zadowoliła. Aczkolwiek produkt ten nie jest zły i być może kiedyś do niego wrócę.
Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: póki co nie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
