22 gru 2015

Deser "Orito"

Dzisiaj wigilia klasowa, czyli stres, stres, stres... To moja pierwsza wigilia z klasą w życiu, dość późno nie?
A tak w ogóle to wczoraj występowaliśmy z ksm'u w domu starców. Bardzo mi się podobało, aczkolwiek smutno patrzyło się na tych wszystkich ludzi. Największą satysfakcje dawały mi chwile, gdy się uśmiechali, albo śpiewali razem z nami - bezcenne.

Deserki "Orito" pakowane podwójnie znalazłam w biedronce. Zaciekawiły mnie swym niebanalnym formatem, toteż postanowiłam je zakupić. Przypominały mi wielkie ciastka oreo, ale w wersji bardziej deserowej, co przypadło mi do gustu, bo o ile same oreo są dla mnie dość obojętne, tak różne deformacje tradycyjnej wersji ów przysmaku działają na mnie jak magnes.
Po otwarciu orita poczułam przyjemny, słodki, lekko gorzkawy zapach przypominający markizy. Zanurzyłam w nim łyżeczkę i na pierwszy ogień spróbowałam warstwy białej, której konsystencja przypominała napowietrzony, kremowy mus. W smaku był on bardzo słodki, mocno maślano-śmietankowy i dość tłusty. Tlił się w nim jakiś kakaowy posmak.
Ciacho wyścielające dno i wierzch plastikowego kubeczka było czarne. Przypominało brownie - tłuste, zbite, ciężkie, lecz tak naprawdę było mięciutkie, mocno kakaowe i bardzo tłustawe. Nie wyczułam w nim zbytniej słodyczy.

Całość smakowała błogo, słodko i bardzo tłusto. Jest to dobry produkt, aczkolwiek szybko się nudzi.

Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: nie wiem

19 gru 2015

Müller Riso agrestowe

Jak dobrze, że już jestem po testach. Są wstępne wyniki - 79% z historii i 100% z wosu. Jestem mega zadowolona, chciałabym takie wyniki mieć (no może z historii o 1% więcej, ale dali tak idiotyczne zadanie z pewną ikoną, że straciłam na nim 3 punkty) na prawdziwym egzaminie. Spodziewałam się 40-50% bo szłam zupełnie nieprzygotowana (nawet długopisu zapomniałam). Chyba najgorzej pójdzie mi część matematyczno-przyrodnicza, bo prawie wszystko strzelałam. No, ale pożyjemy, zobaczymy.
A dzisiaj lecę do kina na Kosogłosa!
Miłego dnia :*

Gdy pewnego dnia na półkach sklepowych zobaczyłam riso agrestowe byłam lekko zszokowana i nie dowierzałam własnym oczom. W końcu nie często spotyka się deserki bądź jogurty o takim smaku. Kubeczek owego riso powędrował do mojego koszyka.
Gdy nadszedł dzień recenzji spokonie mu się przyjżałam. Jego opakowanie mnie odpychało. Coś mi w nim nie pasowało. Być może chodzi tu o dziwny kolor zieleni, albo nieurodziwy wygląd agrestu. Nie wiem.
W każdym razie po otworzeniu wieczka jako pierwszy na test załapał się ryż. Pachniał on słodko, mlecznie i bardzo... ryżowo. Jego smak był mleczno-tłustawy, tliła się w nim delikatną słodycz. Mniam!

Następnie zabrałam się za agrest. Na początku wyczułam jego lekką woń, a następnie go spróbowałam. Z jednej strony był kwaśny, a z drugiej słodki i cierpki. Zdecydowanie wyczułam w nim cień jego charakterystycznego posmaku.
Po wymieszaniu zawartości obu kubeczków kwaśność zmalała i nie była już tak nachalna. Jedynie równoważyła całość. Natomiast zdecydowanie dominował tu słodki, mleczny smak.

Reasumując muller wyprodukował całkiem ciekawy i smaczny ryż na mleku. Łamie on zdecydowanie dotychczasowe połączenia smakowe. Jest to coś do czego chętnie jeszcze kiedyś powrócę.

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: tak

17 gru 2015

Czekolada z fiołkami, Krakowski Kredens

Ostatni dzień egzaminów próbnych. Już mam dość. Rzadko zdarza się, abym miała coś dobrze, a w większości przypadków strzelam. Dlaczego robiąc zwykłe testy próbne z poprzednich lat były one takie proste, a te są tak idiotycznie skonstruowane, że mam ochotę dać je do napisania autorowi i z nożem w ręku czekać aż się pomyli...
Fajnie jest znaleźć czekoladę wartą 9,99 zł za 4,99 zł. Tak właśnie ostatnio moja rodzicielka upolowała te tabliczkę w almie. Czy jest ona warta swojej pierwotnej, nieobniżonej ceny?
Patrząc na opakowanie pomyślałam, że jest skromne, ale nie ma sensu wyrokować. Czasami skromniej znaczy lepiej. Po jej odpakowaniu zostałam lekko zszokowana - okazało się, że od spodu czekolada została już za nas podzielona na kostki. Natomiast nam do podziwiania pozostawiono wersję z fioletowymi piegami, to znaczy... fiołkami.
W zapachu czekolada jest mocno kakaowa, gorzkawa. Dość dziwna. Wyczułam w niej równeż nutkę cappucino i jakiejś wytrawności. Natomiast fiołki są zupełnie niewyczuwalne.
Po włożeniu kostki do ust poczułam początkowo smak cukru pudru. Następnie wmieszał się również bardzo mleczny posmaczek. Mogę spokojnie stwierdzić iż jest to czekolada zdecydowanie bardziej mleczna od swoich pierwowzorów.
Kostki szybko i delikatnie się rozpuszczają. Tworzą w buzi gęstą, ciężką masę. Czekolada sprawia wrażenie jakby była wykonana z dobrej jakości składników.
Fiołki w niej zawarte są twarde i mają dziwny lekko słodki posmak. Właściwie to nie mam pewności czy to są fiołki, gdyż ich wcale nie przypominają. Raczej to jakieś dziwne, chrupkie, zabarwione na granatowo cukierki.

Ta czekolada to całkiem przyjemne doznanie dla kubek smakowych. Być może rzeczywiście wyróżnia się smakiem i pomysłowym dodatkiem na tle innych mlecznych czekolad, ale nie jest warta swej ceny.

Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: nie

15 gru 2015

Lód batonik Twix

Dawno mnie tu nie było. Mam dużo do nadrobienia, ale chyba każdy wie jak to jest gdy świat wywraca się do góry nogami. Tak właśnie jest teraz u mnie. Nie chcę przesyłać negatywnej energii, bo i tak nikogo to nie interesuje, ale dam tylko znaki, że u mnie jest po prostu źle...
Dzisiaj piszę próbne egzaminy gimnazjalne także proszę o mocne trzymanie kciuków, a teraz zachęcam do lektury.
Kolejnym lodowym batonikiem, którego udało mi się znaleźć w sklepowych czeluściach był wariant twix (o poprzednich możecie poczytać TU i TU).
Po otworzeniu opakowania poczułam karmelkowy zapach. ów lodo-batona ma dość luźną konsystencję i szybko się rozpuszcza.
Czekolada jest bardzo, bardzo słodka, lekko kakaowa. Natomiast lód skrywający się pod nią smakuje słodko, tłusto, śmietankowo. W jego środku zostały ukryte twardawe, chrupkie lekko słone kulki pokryte polewą czekoladową. A karmel idealnie rozpływa się w buzi i podkreśla słodycz.

Całościowo produkt ten jest bardzo smaczny. Zachwyca dość ciekawym połączeniem różnych struktur i smaków. Zupełnie zmienia ogólny obraz tradycyjnego batonika twix, aczkolwiek nadal w pewnym sensie go przypomina. Najbardziej zaskoczył mnie tutaj karmel, był on naprawdę świetny.

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: nie wiem

24 lis 2015

Góralek truskawkowy

Limitowanego góralka mogliśmy spotkać w dwóch wersjach - truskawkowej i cytrynowej. Tej drugiej niestety nie udało mi się nigdzie znaleźć, natomiast ów truskawkową dorwałam w Intermarche i pod wpływem chęci na coś pseudo-truskawkowego sięgnęłam po nią.
Po otworzeniu opakowania najpierw poczułam sztuczno-truskawkowy zapach. Następnie do mojego nosa dobiegł również aromat pudrowych, owocowych cukierków o smaku cytryny i malin, oraz nuta kwaśności zozoli, tudzież pianek jojo.
W przekroju wafelek mnie zawiódł. Spodziewałam się, że jego krem będzie bardziej intensywny w kolorze, a niestety moim oczom ukazał się zaróżowiały beż.
Wafelek był delikatny, chrupki i bezsmakowy jak chrupki dla dzieci. Czekolada oblewająca boki ów batonika była sztuczna, tania, słodka. Nie powaliła mnie. Jedynym "punktem zaciekawienia" mógł być jedynie subtelny posmak truskawek.
Nadzienie w smaku było słodkie, chemiczno-truskawkowe, proszkowe. Trochę w konsystekcji i smaku jak guma. Ble!

Góralek truskawkowy okazał się totalną porażką. Był strasznie sztuczny i niesmaczny. Nie będę rozpaczała jeżeli już nigdy nie zobaczę go na półkach sklepowych. Zdecydowanie nie polecam!

Ocena: 1.5/6
Czy kupię ponownie?: nie

22 lis 2015

Jogurt kokosowo-migdałowy, Bon Creme

Nie śpię. Nie wiem czego już chce. Piszę. Dochodzę do nowych sentencji filozoficznych i pomimo iż jest mi bardzo głupio, jakoś staram się zapomnieć, bo wnioski już wyciągnęłam. "Każda beznadziejna sytuacja jest po to, aby drugi raz nie wpaść w to samo błoto". I wiecie co jest dziwne - z jednej strony mój świat się wali na małe drobne kawałeczki jak stłuczony wazon, a z drugiej układa jak puzzle, ale w tych puzzlach niestety są braki. Chyba bez sensu starać je układać... jeżeli i tak nigdy pełnego, idealnego obrazka nie otrzymamy... chociaż... dobrze jest się starać, ale trzeba pamiętać, że nigdy perfekcyjnie nie będzie. Tak się po prostu nie da.
Jednymi ze stałych biedronkowych produktów cieszącymi się powszechnym uznaniem konsumentów są jogurty z serii bone creme. Słyszałam o nich do tej pory same pozytywne opinie, więc postanowiłam również ich spróbować, co by własną opinię sobie wyrobić.
Po otworzeniu wieczka wyczułam sztuczny kokosowy, tudzież marcepanowy zapach. 
Smak owego jogurtu opisałabym jako bardzo słodki, minimalnie kwaskowaty. Jego konsystencja była gęsta i kremowa. Znajdowały się w niej płatki migdałowe, które akurat mojej osobie nie pasowały. 
Pod koniec konsumpcji w jogurcie niestety coraz bardziej dominowała nieprzyjemna kwaśność. 

Jest to jogurt, który niestety nie spełnił moich oczekiwań i zdewastował wspaniałe wyobrażenia delikatnego, kremowo-tłustawego, lekko słodkiego jogurtu migdałowo-kokosowego. Zupełnie nie wyczułam w nim głównych bohaterów (!), a ów produkt z każdą kolejną łyżeczką stawał się po prostu nudny i oklepany. Nie jest to bone creme kokosowowo-migdałowy nie jest dla mnie.

Ocena: 2/6
Czy kupię ponownie?: nie

20 lis 2015

Lód batonik mars

Ostatnio moje życie znów zamieniło się w rozpędzoną kolejkę górską. Czas wolny został wypełniony po brzegi rzeczami do zrobienia. Dopadła mnie też ogromna wena pisarska, którą spokojnie mogłabym porównać do jednej z największych lawin śnieżnych w historii naszego globu. Zaczęłam szaleńczo pisać wiersze, nawet po trzy-cztery dziennie. Skróciłam godziny poświęcane na sen, aby wszystko wokół siebie ogarnąć. Lecz nadal brakuje mi pewnej wiadomości, chciałabym wiedzieć, bo nie wiem czy się angażować czy wszystko to nadzwyczaj olać.
Kolejny lodowy batonik doczekał się swojego własnego posta. Mowa o marsie, którego miałam nie kupować, ze względu na moją karmelową awersję. Niestety (albo stety) podczas zakupów został wpakowany do koszyka co jednoznacznie oznaczało... recenzję.
Czekolada, która go pokrywa jest bardzo słodka, mocno kakaowa i mleczna - taka jak powinna być. Pod nią znajduje się słodki, nijaki, wodnisty lód któremu smaku nadaje wyżej wspomniana czekolada i słodki, ciągnący się karmel. Batonik strasznie szybko się topi i w międzyczasie rozwala w naszych łapkach.

Ten lód jest na pewno bardzo słodki, głównie za sprawą karmelu i czekolady. Niesetety czegoś mu brakuje do podbicia mojego serca.
Aby nie było powtórzeń to teraz jeszcze dodam iż pachnie toffi z czekoladą.

Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: nie

17 lis 2015

Zott, Cremore Triple Choc

Ten deserek wypatrzyłam podczas stokrotkowych zakupów. Bez dłuższego zastanowienia wylądował w sklepowym koszyku. Kilka dni później przystąpiłam do jego przetestowania.
Po otwarciu uroczego wieczka, w stylu walentynek do mojego nosa doszedł zapach lodów o smaku gorzkiej czekolady. Był on bardzo, ale to bardzo głęboko czekoladowy, fenomenalny i mega zachęcający do spróbowania.
Deser był podzielony na trzy części. Najpierw zabrałam się za górną, którą była tłustawa, delikatna, napowietrzona, bardzo dobra pianka o smaku kakaowym.
Druga i trzecia warstwa były słodsze od poprzedniczki. Miały konsystencje budyniu. Natomiast smak gorzko-czekoladowy, lekko orzechowy. Wyczułam również w nich jakąś alkoholową nutkę.

Całościowo ów deser był dość ciężki. W smaku głównie czekoladowy. Przypominał jedzenie tabliczki czekolady o różnych strukturach - budyniu, pianki, sosu. Ponieważ jestem totalną pasjonatką jeżeli chodzi o tego typu wyroby cukiernicze bardzo mi posmakował. Polecam spróbować!

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: tak

15 lis 2015

Daim Mint

Daim Mint wypatrzyłam będąc w aptece koło galerii. Jak wiadomo - uwielbiam nowinki - więc i on szybko zwiódł mój wzrok i jakieś dwa złote z kieszeni. Po wstępnej ciekawości długo zbierałam się, aby go spróbować znajdując kolejne wymówki "Przecież nie przepadam za miętą", "Nawet nie próbowałam zwykłego daima", i kolejne... coraz dziwniejsze "A co jak połamie sobie na nim zęby? Podobno jest bardzo twardy". No, ale w końcu. Po jakże długich i wyczerpujących bataliach z samą sobą postanowiłam go skosztować.
Lekko otworzyłam zielonkawo-niebieski, rzucający się w oczy papierek, a wtem mój nos został zbombadrowany przez woń cholernie mocnej mięty z domieszką czekolady.
Ugryzłwszy (wiem, nie ma takiego słowa) batonika najpierw poczułam subtelny czekoladowy smak z nutką słoności.Gdy polewa się rozpusciła musiałam się stoczyć ze słonawym karmelem, który potwierdził moje zębołamne obawy. Lecz po dłuższym potrzymaniu w ustach stawał się on dość kruchy i pękał na milion małych, wchodzących we wszystkie zakamarki, kawałeczków. W smaku był on delikatny, nieprzesłodzony, naprawdę dobry. Stwierdziłam nawet iż z czasem robi się mleczny, na wzór werther's original.

Daim, produkując batonika w wersji mint, zapewne nie zdawał sobie sprawy iż wywoła on tyle kontrowersji. Muszę przyznać, że ta wersja naprawdę bardzo mi smakowała i pozytywnie mnie zachwyciła. Niestety również z wielkim żalem i bólem serca pragnę dodać, że była ona niestety limitowana.

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie: tak

13 lis 2015

Twix Cappucino

Chyba każdy zna powiedzenie, że głupi ma szczęście (?) i tak właśnie było w moim przypadku z limitowanymi batonikami twix cappucino. Już kopę czasu przed założeniem tego bloga były one dostępne w żabce. Niestety edycja na nie się skończyła, a ja... koniecznie chciałam mieć ich recenzję u siebie. I tak to się pewnego dnia złożyło, że gdy kupowałam sobie zapas nowych milek z żabki... trafiłam na nie! W koszyku przy ladzie leżało już tylko kilka końcowych sztuk z kilkudniowym terminem ważności, a ja jak głupia się na nie rzuciłam (jak pan w 0:08 ubrany w niebieskie wdzianko TUTAJ). Taka oto właśnie była ich historia.
Po otwarciu jakże pięknego, urzekającego opakowania poczułam kawowo-karmelowy, lekko sztuczno-proszkowy zapach, który pod koniec zmieniał się w przyjemnie czekoladowy.
Z prędkością światła zauważyłam iż batonik nie miał żadnego nalotu pomimo iż jego termin do spożycia kończył się w przeciągu 10 dni, oraz że przetrwał falę letnich upałów cały i... nierozpaciany.
Postanowiłam rozgryźć go na dwa razy. Z dolnej strony był chrupki za sprawą ciasteczka i słodki. Natomiast z drugiej gdzie umieszczono karmel batonik był gęsty i miękki i otulała go bardzo słodka pseudo-czekolada o smaku kawy cappucino.

Całościowo batonik twix cappucino jest słodki, chrupko-sklejający buźkę i w tej całej swojej dziwności wprawił mnie w zachwyt, choć pod koniec jego słodycz jest troszkę zbyt nachalna i powoduje lekkie przecukrzenie.

Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: jeśli się pojawi to tak

11 lis 2015

Monte z czekoladą, orzechami i sosem karmelowym

Dzisiaj idę sprzedawać rogale świętomarcińskie. Mam nadzieje, że będzie fajna, uroczysta atmosfera, oraz dobry humor. A teraz przejdźmy do recenzji pewnej wariacji na temat monte.
Producent na wieczku owego deseru, który mogliśmy nabyć w biedronce, napisał iż jest to deser mleczny z czekoladą, orzechami i sosem karmelowym. Moja jakże bujna wyobraźnia od razu wyobraziła sobie kubeczek pełen pysznego monte - takiego jaki zapamiętałam w dzieciństwie - z dodatkiem gęstego, słodkiego karmelowego sosu i pysznych cząstek świeżych orzechów, lecz w rzeczywistości ujrzałam beżowo-kawową breję.
Zapach miała ona przyjemny, przypominający śmietankowe cappucino. Smakowała bardzo słodko, karmelowo-śmietankowo i lekko tłustawo. Sam sos stwarzał wrażenie wodnistego w smaku i nie przypadł mi do gustu. Spodziewałam się czegoś bardziej gęstego i słodszego na swój karmelowy sposób.
Po wymieszaniu całość nabrała sztucznego posmaku toffi, który psuł cały produkt, a orzechy nie były wyczuwalne. W sumie to nie mam pojęcia czy miały one występować w kawałkach czy pod postacią zmielonego proszku (?). No i czekolada, jej też zabrakło.

Ten deser zdecydowanie mi nie spasował. Zabrakło w nim dobrego, karmelowego sosu (a nie zabarwionej wody) i obiecanych orzechów których w żaden sposób nie mogłam w owym produkcie znaleźć. Koniecznie do poprawki, panie producencie!

Ocena: 2/6
Czy kupię ponownie?: nie

9 lis 2015

Fakt #3

Dzisiaj fakt #3, czyli nie oceniaj książki po okładce
Z pewnością każdy słyszał powiedzenie, że pozory mylą. Często oceniamy kogoś z góry, lecz gdy poznamy się bardziej, to okazuje się że mamy do czynienia z zupełnie inną osobą. Tutaj może nastąpić szok, zaskoczenie, niedowierzanie, albo... rozczarowanie.
Prawie zawsze tak jest w moim przypadku. No po prostu sprawiam wrażenie osoby cichej, ułożonej, spokojnej, niezbyt gadatliwej, grzecznej. Przyzwyczaiłam się już do tych określeń, ale niezbyt dobrze się z nimi czuję... to tak jakby ktoś przypisywał mi cechy których nie posiadam, wyidealizował sobie własną wersję mnie... ale nie oszukujmy się. Wszyscy tak robimy! Pierwsze kilka sekund już decyduje o naszym zdaniu na temat danej osoby.
No dobra, ale skoro są to fakty o mnie to może nie będę zbaczała w okrężne tematy. Więc jaka jest Karolina? Po pierwsze jestem straszną gadułą, tylko muszę odpowiednio podejść do tematu, albo po prostu wplątać się w jakąś rozmowę. Wtedy mogłabym gadać bez końca dniami i nocami. Uwielbiam się również śmiać, żartować, opowiadać historie. To mój żywioł! Lubię też robić szalone rzeczy, podejmować wyzwania i śmiać się później z siebie. Jestem młoda, tak? Kiedy jak nie teraz będę miała możliwość tańczenia na ulicy, śpiewania w szynobusie, czy zagadywania przechodniów. Trzeba się bawić! Trzeba smakować życia i wyciskać go jak cytrynkę!
Kolejną moją dość dobrze zamaskowaną cechą, jest chęć bycia pionierką. Lubię się rządzić i wyróżniać, no już taka po prostu jestem, aczkolwiek nie jest to coś czym lubię się obwieszczać. Są to bardziej moje "prywatne" cechy, które uwidoczniają się po bliższym poznaniu i nawiązaniu dobrego kontaktu. Na co dzień, raczej ciężko to u mnie dostrzec, ale jeżeli ktoś zechce to wykryje zachowania obwieszczające moje prawdziwe "ja".
A jeśli już jesteśmy w temacie, to zdradzę iż nie należę do grzecznych dziewczynek. Ale tu się może raczej nie będę rozpisywać, bo raczej nie ma czym się chwalić. I żeby nie było, to od razu zaznaczę - nie, nie palę, nie jaram, nie piję.

Mogliście się dowiedzieć z tego wpisu więcej o mojej niepozornej osóbce. Mam nadzieje, że się Wam podobał. Zachęcam również do przeczytania poprzednich faktów o mnie (TU).

7 lis 2015

Müller Riso pistacjowe

Wczorajsze lekcje j.polskiego były epickie. "No to teraz chwila śmiania się" - powiedziała nauczycielka. Szybkie zerknięcie. Głośny śmiech rozbrzmiał w sali. Myślałam, że spadnę pod ławkę gdy zobaczyłam kolegę z kablem obwiązanym wokół czoła. Niektóre osoby są naprawdę dziwne... :D
Kiedyś, jakieś ponad pół roku temu gdy spróbowałam pistacjowego riso uznałam, że jest paskudny. Dałam sobie czas (podobno leczy rany) i ponownie wróciłam do przetestowania go z lekką obawą.
Na ładnym, minimalistycznym wieczku widniały pistacje, których niestety nie spotkałam w składzie. Po jego zerwaniu poczułam zapach podobny do pistacjowego muller milch, lecz gdzieś tam również wyczuwalny był marcepan.

W konsystencji pistacjowy riso był bardzo gęsty, budyniowy. Miał niezbyt dużo miękkich ryżowych ziarenek i sosu „pistacjowego” (co z resztą widać na zdjęciu). Pływały w nim jakieś dziwne, niezidentyfikowane zielone drobinki i niestety do tej pory nie wyniuchałam czym one były.
Podczas próby smaku poczułam dużą - aż nienachalną - słodycz, oraz… kokosową nutę, co mnie lekko zdziwiło. No bo jak to produkt pistacjowy o smaku kokosa? No, ale to muller, tego nie ogarniesz.

Riso pistacjowe jest słodkim, dziwnym tworem. Na pewno nie wyczujemy w nim pistacji, także osoby które na ich smak się nastawiają będą rozczarowane, albo zaskoczone gdyż ten ryż na mleku smakuje… kokosem. Nie wiem czy wujaszek muller robi nas w konia, ale trzeba mu zwrócić uwagę, że prima aprilis już dawno minęło!

Ocena: 3.5/6
Czy kupię ponownie?: nie wiem

5 lis 2015

Magnum, Créme Brûlée

Chociaż przed oczyma mam listopad z przed trzech lat, chociaż ostatnio zdarzają mi się coraz to dziwniejsze zdarzenia losowe i chociaż boję się... chcę wiedzieć.
Czasami zastanawiam się nad sukcesem magnumów. Myślę, że czynniki wpływające na ich świetność to cena (przecież to co drogie, musi być znakomite!), ekskluzywne opakowanie i dobra czekolada. Mnie osobiście do tej pory żaden z magnumów nie powalił na kolana, nie spowodował ślinotoku i nie sprawił, że będę chciała więcej, więcej i więcej. Czy wariant creme brulee zmienił moje poglądy? Zapraszam do zapoznania się z recenzją.
Po otwarciu ładnego, dość minimalistycznego opakowania poczułam słodki, kakaowy zapach i zabrałam się za testowanie.
Jako pierwszą spróbowałam chrupką, mega słodką czekoladę z lekko gorzkimi drobinkami, trzaskającymi pod zębami. Przypominały mi one palony cukier. Czekolada ogólnie szybko się rozpuszczała i powodowała totalne zacukrzenie.
Lód pod spodem był w smaku mocno śmietankowy, tłusto-kremowy i po prostu słodki. Sos
wmieszany w niego nie zachwycił mnie - był lekko gorzki, dziwny i miał niezbyt przyjemny kolor.

Magnum creme brulee nie podszedł do gustu mojej dość wymagającej osoby. O ile czekolada była do zniesienia, tak lód został zrobiony zbyt tradycyjnie. Brakuje w nim wariacji, która by mnie zadowoliła. Aczkolwiek produkt ten nie jest zły i być może kiedyś do niego wrócę.

Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: póki co nie

3 lis 2015

Heidi z pomarańczą w fińskiej mlecznej czekoladzie

Tą czekoladę wypatrzyła moja mama podczas wyprzedaży asortymentu starego reala. Szybko powędrowała do koszyka. Kilka dni później ze względu na jej krótką datę ważności i moją ogromną chęć na czekoladę postanowiłam ów tabliczkę otwoczyć.
Najpierw poczułam mocno pomarańczowy zapach w który po chwili wmieszał się aromat kakaowo-kawowy.
Czekolada wolno się rozpuszcza uwalniając głęboką słodycz i przyjemny kakaowy posmak. Całość niestety lekko psuje nadmierna "pomarańczowość". Nie znajdziemy tutaj również charakterystycznej mleczności, co dziwi gdyż na opakowaniu pisze, że jest to "fińska mleczna czekolada".
Trzeba również zaznaczyć, że nie jest to gładka czekolada. Pozostawia ona bowiem na języku malutkie grudki.
Pomarańcza jest bardzo żylasta. Jej charakterystyczny smak gdzieś zanikł a twarda skórka nie ułatwia gryzienia, lecz mimo to i tak jest smaczna.

Po pewnym czasie stwierdziłam, że ta tabliczka ma potencjał. Heidi sprytnie dobrała proporcje między konkretnymi składnikami. Przez co mimo iż czekolada jest "mleczna" to maskuje ją kakao. Szczerze powiedziawszy to dopiero po pewnym czasie uznałam, że to działanie było celowe. Nie wyobrażam sobie bardzo mlecznej, cukrowej czekolady w towarzystwie pomarańczy. To tak jakby łączyć coś infantylnego z czymś gustownym i luksusowym. Także chwała Heidi, za stworzenie mlecznej czekolady z delikatnym kakaowym charakterem i pomarańczą w sposób nie urażający potencjalnych oczekiwań.

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: nie wiem

1 lis 2015

Deser o smaku truskawkowym z waniliową bitą śmietanką, Polmlek

Ostatnio żyję bardziej. Więc jest mnie tutaj mniej.
Kiedyś gdy przeszukiwałam biedronkowe półki natknęłam się na deserki z firmy "Polmlek", poezja lux. Były dostępne dwa warianty - truskawkowy i czekoladowy. Wybrałam truskawkowy gdyż wcześniej nie miałam styczności z takimi wyrobami i nie wiedziałam czego mam się spodziewać.
Zapach tego deserku był bardzo mocny, śmietankowo-waniliowy. Jestem ciekawa skąd on się tam znalazł skoro w składzie nie ma żadnych tego typu aromatów. Natomiast warstwa budyniowa przypominała mi chemiczną truskawkę.
Pianka jest puszysta, słodka, kremowo-śmietankowa i tłusta. Przepyszna! Coś jak masa na placka!
Natomiast truskawkowy bydyń jest bardzo słodki, gęsty. Brak mu charakterystycznej mleczności i smaku prawdziwych truskawek. Gdzieś tam one są, ale dość chemiczne. Dopiero po chwili truskawkowy posmaczek zmienia się w śmietankowy. Masa jest lekko proszkowa, ale nadal smaczna.

Polmlek powinien popracować nad dolną warstwą swoich deserków. Natomiast za piankę można go pochwalić. Jest pyszna.

Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: być może

30 paź 2015

Batonik Fudge, Cadbury

Nie trudno się domyślić, że uwielbiam zagraniczne słodycze (no, dobra... prawie wszystko). Ich testowanie sprawia mi wielką frajdę, gdyż nigdy nie wiem czego tak naprawdę mogę się spodziewać. Batonik "Fudge" znalazłam pomiędzy Londyńskimi półkami za jakże przystępną cenę - 25p (na naszą walutę to już niestety nieprzystępne 1,42 zł). Po powrocie do polski i odczekaniu wstępnej ekscytacji przystąpiłam do recenzji.
Otworzywszy dość skromnie wyglądające opakowanie poczułam słodki, mocno kakaowo-mleczny zapach. Bardzo przyjemny i zachęcający.
Batonik ten nie rozpuszcza się w łapkach i nie brudzi wszystkiego dookoła.
W buzi całość przybiera bardzo słodki smak. Szybko się rozpuszcza i mięknie. Białe nadzienie wyścielające fudge'a od środka jest drobinkowe, nie klei się do zębów ani podniebienia. Dominuje w nim słodycz, oraz bardzo subtelna mleczność.

Jest to twór na wzór milky-way'a aczkolwiek mniej słodki i o zupełnie innej konsystencji. Batonik nie zasładza. Jest bardzo przyjemny w odbiorze. Mały, niepozorny a mega pyszny. Polecam!

Ocena: 6/6!
Czy kupię ponownie?: tak

28 paź 2015

Lody w kubeczku Magnum, Vanilla & Chocolate

Lody, które zamierzam dziś zrecenzować zachwyciły mnie swoją formą. Dotychczas spotykałam się tylko z magnumami w wersji na patykach. Natomiast ów kubeczek był dla mnie miłym, komfortowym zaskoczeniem.
Zacznę od wyglądu opakowania, które jest śliczne. Zawiera typowe dla magnuma kolory - brązowy i złoty. Przykuwa uwagę swoją prostotą i elegancją.
Po jego otworzeniu ujrzałam lody w kolorze piaskowym, przykryte warstwą małych, ciemnych kawałeczków czekolady. Całość pachniała jak gorzkie kakao. Niestety zapach ten był mocno przytłumiony i niezbyt wyraźny.
Najpierw spróbowałam tradycyjnie, lodów. Były one słodkie, ale nieprzesłodzone. Mocno wyczuwalna była również ich maślano-śmietankowa tłustość (no po prostu masło maślane :D), zarówno w smaku jak i konsystencji. Na co dzień nie przeszkadza mi to, lecz te lody były aż za tłuste! Ciężko było mi również wyczuć w nich wanilię, ale po dłuższej chwili doszłam do wniosku, że gdzieś tam została ona ukryta w postaci sztucznego aromatu, albo szalenie małej ilości prawdziwej wanilii (w co wątpię).
Czekoladowe skrawki smakowały na początku gorzko. Dałabym im spokojnie z 70% gdyby nie uderzająca słodycz, zaraz po ich rozpuszczeniu. Z czasem podczas jedzenia stawały się coraz słodsze.
W środku pseudowaniliowych, magnumowych lodów znalazłam coś co urozmaiciło ich nudny smak - ciemnobrązową magmę czekoladową. Była ona gęsta, mocno czekoladowa (a raczej kakaowa). Wyczułam w niej subtelną goryczkę, która niestety zanikała wraz z kolejnymi łyżeczkami. Stając się coraz bardziej słodka i sztuczna.

Lody Magnum Vanilla & Chocolate zdecydowanie nie są powalające, ani warte swojej ceny. Za mniejszą kwotę możemy kupić coś dużo lepszego, ale... (!) na pewno znajdą one swoich zwolenników.

Ocena: 3/6
Czy kupię ponownie?: nie

26 paź 2015

Batonik twarogowy truskawkowy, Tutti

Ostatnim batonikiem, który królował na lodówkowych półkach w biedronce był wariant truskawkowy (poprzednie recenzje umieściłam TU i TU). Po jego odpakowaniu poczułam ledwo wyczuwalny zapach czekolady i twarogu. Natomiast po przekrojeniu zaczął również dominować przyjemny aromat truskawek.

Czekolada pokrywająca batonik jest lekko gorzka, aczkolwiek nie czuć w niej kakao ani charakterystycznej mleczności gdyż  sama w sobie jest wegańska. Szybko się rozpuszcza uwalniając sztuczny smak co potęguje wrażenie iż została wypełniona jakimiś podejrzanymi tworzywami.
Twarożek, umieszczony pod polewą czekoladową jest słodko-kwaśny, a truskawkowy mus przypomina wysokosłodzony pseudotruskawkowy dżem. Jest ok, ale nie jest to smak którego się spodziewałam.

W tym twarogowym batoniku noszącym miano "truskawkowego" zabrakło... głównego składnika, czyli oklepanych truskawek. Trochę się zawiodłam na tym produkcie.

Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie?: raczej nie

24 paź 2015

Müllel, ryż na mleku z wsadem rabarbarowym

Dzisiaj recenzowanym produktem będzie riso z wsadem rabarbarowym. Kwintesencja lata zamknięta w małym plastikowym kubeczku.
Po zerwaniu ślicznego wieczka doszedł do mnie słodki, mleczny, lekko waniliowy zapach ryżu. Który przypominał mi budyń. W smaku był słodki, kremowy, mleczny z nutką waniliową. Ryż pływający w owym glucie był idealnie ugotowany – nie za twardy, jak to zwykle bywa, ale również nie za miękki.
Wsad rabarbarowy uderzył mnie swoją słodyczą. Przypominał mi mój truskawkowo-rabarbarowy dżem. Był zabójczo słodki, a zarazem kwaskowy. W zapachu jak chemiczny rabarbar.
Po wymieszaniu ryżowo-glutkowy twór stał się bardzo słodki, mleczny, śmietankowy - przyjemny dla kubków smakowych.

Muller riso z rabarbarem jest naprawdę bardzo smacznym produktem. Być może producent sypnął przy jego produkcji zbyt dużo cukru do musu rabarbarowego, aczkolwiek dobrze równoważy on smak ryżu nadając całości deserkowy posmak. Szkoda, że zabrakło w nim efektu „wow”.

Ocena: 4/6
Czy kupię ponownie: jeśli będę miała ochotę

22 paź 2015

Batonik twarogowy czekoladowy, Tutti

Dzisiaj zostałam w domu, gdyż za dużo było na mojej głowie. Wczoraj złapała mnie "mała" depresja, pośpiewałam sobie, pouczyłam się i nie spałam prawie całą noc. W tej chwili już przeprogramowałam się na mój ulubiony tryb - optymizm. Trzeba działać, przeżyjmy każdy dzień tak jakby miał być tym ostatnim, tym jedynym. Wyciśnijmy z niego to co najlepsze jak cytrynę.
Dzisiaj czas na kontynuację biedronkowej nowości - batoników twarogowych. Jako drugi wariant wybrałam ten o smaku czekoladowym.
Jego zapach zupełnie oddawał to, czego mogliśmy się spodziewać - czekoladę w której został ukryty czekoladowy twaróg. Masło maślane, ale inaczej nie da się go scharakteryzować.
Polewa pokrywająca batonik tak jak w poprzedniej wersji recenzowanej TU była lekko pokruszona i pokryta wodnistym nalotem. W smaku mocniej kakaowa i mniej słodka niż waniliowa poprzedniczka, ale nadal w swej całej okazałości dość nijaka.
Twarożek był słodki i mocno kakaowy. Dałabym mu spokojnie z 70% Wręcz śmiem twierdzić iż przez jego bardzo czekoladowy smak zanika ten twarogowy, ale jest to tylko zmiana na plus.

Wariant czekoladowy z twarogowych batoników "Tutti" okazał się być... wspaniały. Oczarował mnie zupełnie swym niebotycznie czekoladowym smakiem. Zdecydowanie go polecam! Jest jak przepyszne czekoladowe ciasto. Same powtórki przymiotnika "czekoladowy" już chyba wystarczająco dobrze go opisują.

Ocena: 5.5/6
Czy kupię ponownie?: tak!

20 paź 2015

Szwajcarska czekolada mleczna z orzechami, Frey

Poprzednią tabliczkę czekolady Frey recenzowałam TUTAJ. Byłam nią pozytywnie zaskoczona, ale w moich zapasach spoczywała również jej siostrzenica z orzechami laskowymi.
Po otworzeniu niebieskiego, minimalistycznego opakowania zbliżyłam do niej nos i poczułam słodki, kakaowy zapach przypominający czekoladę 60%.
Jej kosteczki rozpuszczając się w ustach tworzyły przyjemną błocistą, gęstą magmę. W smaku przewijała się naprzemian słodycz, minimalnie wyczuwalna kakaowa goryczka, oraz przyjemny orzechowo-mleczny posmak.
Orzech zatopiony w tej delikatnej strukturze był świeży, chrupki i lekko gorzkawy. Odegrał tutaj dobrą robotę znakomcie przełamując treściwą słodycz.

Jest to czekolada rodem ze Szwajcarii, która spełniła moje oczekiwania. Idealna w zimne, ciemne popołudnia do gorącej herbaty, bądź kawy. Aczkolwiek myślę, że jest to produkt na raz... przy częstszej konsumpcji byłabym zdecydowanie znudzona jej smakiem i prostotą.

Ocena: 5/6
Czy kupię ponownie?: być może, gdy ją znajdę

18 paź 2015

Serek cytrynowy z kostkami kokosowymi, Tutti

Ostatnim serkiem "tutti" jaki próbowałam z kokosowej serii był wariant z cytryną. Od początku podchodziłam do niego niezbyt przyjemnie - no bo jak to? Cytrynowy serek!?
Po otworzeniu wieczka ujrzałam gęsty twór, z wodnym osadem który wyciekł na wierzch. Jego zapach przypominał cytrynowe kostki do toalet - był sztuczny, chemiczny i na szczęście szybko znikał.
Sam serek w konsystencji był gęsty, gładki i przyjemnie kremowy. Smakował słodko, tłusto, cytrynowo. Tlił się w nim również charakterystyczny kwasek.
Żelki były trudnym orzechem do zgryzienia. Gumowe, słodko-cytrynowe i lekko obrzydliwe.

Muszę przyznać, że miałam rację gdyż cytryna po prostu ewidentnie nie pasuje do nabiału. Niestety była ona tutaj bardzo charakterystyczna i stwarzała ewidentną otoczkę indywidualności tego produktu... Aż sobie z ciarkami na plecach wyobrażam serek wołający "jestem cytryną zmieszaną z mlekiem/twarogiem/jogurtem". Ekhm... dziękuję. No cóż... smakiem nie powala, a żelki zdecydowanie mogli sobie darować. No, pasuje również dodać iż gdzieś miał tutaj być kokos, ale gdzie (?!) tego chyba nie wie nikt.

Ocena: 3/6
Czy kupię ponownie: nie

16 paź 2015

Fakt #1, Fakt #2

Obiecałam, że przybliżę moją postać wszystkim czytelnikom tego bloga. Zadania dotrzymuję i zachęcam do zapoznania się z faktem #1, stresuje mnie komunikacja miejska. Otóż to. Nigdy nie miałam przywileju jeżdżenia autobusami. W mojej paromiesięcznej komunikacyjnej karierze kilka razy przejechałam się szynobusem, czyli autobusem na szynach. Polecam, gdyż jest to bardzo szybka (15 km w 10 min!) i tania możliwość dojazdu do wyznaczonego miejsca.
Ale! Przecież są jeszcze autobusy.
To jest autobus

Wczoraj udałam się na pewną ulicę (której nazwy nie znam) i czekałam sobie na "1". Ów autobus spóźnił się niestety dziesięć minut. Bez stresu zajęłam miejsce na stojąco i obczajałam przystojnych mężczyzn, tudzież chłopaków. Wykazałam się swoim jakże niepodważalnie wysokim wskaźnikiem iQ wysiadając, o przystanek za szybko i stwierdzając... że się zgubiłam. "Dobra tu budynki, tam szpital, hm... ale... przecież tu miała być galeria!" - pomyślałam. Na spokojnie, snapując o moim tragicznym losie znajomym poszłam przed siebie i, nie uwierzycie, dotarłam! Jakże byłam szczęśliwa gdy po kilometrowym marszu pod górkę wyłonił się szyld sklepowy niczym delfin z morza. Już miałam wykonywać taniec szczęścia na środku parkingu, rzucać się na ludzi i tulić ich pod wpływem emocji. Czułam się dosłownie jak Edmund Hillary zdobywający Mount Everest - szczęśliwa, wzruszona, zdumiona i dumna z wykonania czynu przerastającego nie jednego ziemianina. Przyznajcie, czyż nie mam racji?




No, tak w sekrecie jeszcze dopiszę, że lubię czasem egzagerować. Chociaż trudno to dostrzec, gdyż we wszystkim co robię jestem bardzo poważna. To w sumie fakt #2, ale co tam. Wiecie o mnie więcej!




14 paź 2015

Batonik twarogowy waniliowy, Tutti

Zacznę od tego iż przepadam za batonikami twarogowymi odkąd spróbowałam "Pinasów". Uwielbiam ich nietypowy smak, który urozmaica moje pojęcie o słodyczach. Jest to dość świeży produkt na polskim rynku, a ostatnio Biedronka postanowiła wydać serię batoników "Tutti" w trzech smakach. Dziś zrecenzuję wanilię, którą zawsze kupowałam w styczności z tego typu produktami innych firmam.
Po odpakowaniu twarogowego batonika okazuje się, że jest on dość niepozorny. Czekolada która go pokrywa jest lekko pokruszona i pokryta kroplami wody. Uwalnia przyjemny czekoladowo-twarogowy zapach. W ustach szybko się rozpuszcza. Jest słodka i kakaowa, acz sztuczna. Taka... nijaka w smaku.
Twarogowe nadzienie dodaje bardzo mocnej słodyczy tej małej przekąsce. Czuć w nim wanilię i charakterystyczną twarożkową grudkowatość. Jest po prostu smaczne, ale bez szału.

Waniliowy, biedronkowy batonik twarogowy sprawdza się wspaniale jako przekąska, która ma dodać "cukrowego" zastrzyku. Jest to charakterystyczny produkt o ciekawym smaku. Jestem pewna, że nie przypadnie on każdemu do gustu, natomiast myślę, że naprawdę warto go spróbować.

Ocena: 4.5/6
Czy kupię ponownie?: tak